Lutowe serpentyny i błękitne zatoki – Majorka na rowerze

Tagi:
Lutowe serpentyny i błękitne zatoki – Majorka na rowerze>

Ostry zakręt pod górę, szybko redukuję bieg i nagle… nic. Pedały stają w miejscu, łańcuch ani drgnie, a ja przez sekundę tracę orientację. Udaje mi się wypiąć z bloków w ostatniej chwili. Zatrzymuję się w połowie podjazdu i patrzę na rower, który uznał, że dalej nie jedzie. Łańcuch zakleszczył się tak mocno, że nie drgnie nawet o milimetr. Próbuję go poluzować, ale bez skutku. Ręce całe czarne, mam tylko nadzieję, że nie pobrudzę koszulki. Minuty płyną, a w głowie zaczynają piętrzyć się pytania.

Czy w ogóle uda mi się to naprawić? Co jeśli pęknie? Jak dotrę na wymarzony Cap de Formentor? Albo jak chociaż zjadę na dół do miasta? Miejsce, które na zdjęciach wygląda jak kolarski raj, potrafi bardzo szybko pokazać swoją drugą twarz.

Na Majorkę przyjeżdżamy w drugiej połowie lutego. W domu szare niebo, zimno i dni bez słońca. Tym większe oczekiwania – ciepło, spokojne drogi i idealne warunki do jazdy. Ale Majorka szybko udowadnia, że nawet tutaj nic nie dostaje się za darmo.

Cala Pi: Rozgrzewka czy walka z wiatrem?

Na rozgrzewkę wybieramy Cala Pi. Prognoza jest bezlitosna – wiatr, który potrafi uprzykrzyć jazdę bardziej niż jakikolwiek podjazd. Wyruszamy dość wcześnie, zanim wyspa w pełni się obudzi.

Pierwsze kilometry za Palmą są dziwnie ciche. Żadnego chaosu, do jakiego przywykliśmy na Słowacji. Szerokie drogi, pasy dla rowerów, kierowcy, którzy nie traktują cię jak przeszkody. Droga do Cala Pi prowadzi początkowo wzdłuż morza, później między winnicami i wielkimi ogrodami, gdzie ma się wrażenie, że wyspa dopiero powoli przeciera oczy. Żadnego zgiełku, tylko długie proste i pierwsze zapowiedzi tego, co Majorka oferuje kolarzom.

Tym większy kontrast czeka u celu. Cala Pi to wąska zatoka z niesamowicie błękitną wodą, otoczona skałami. Minimum ludzi, cisza, tylko dźwięk morza. To raczej miejsce na chwilę wytchnienia niż zwykły punkt kontrolny do odhaczenia kilometrów.

Później zatrzymujemy się w Llucmajor na obiad. Małe miasteczko z typową architekturą, która nie ma nic wspólnego ze słowackimi domami – i właśnie to sprawia, że zmiana otoczenia jest jeszcze bardziej odczuwalna. Droga powrotna do Palmy ma w planie sprawdzić nasze umiejętności. Wiatr obrócił się przeciwko nam i nagle nawet proste odcinki oraz niemal płaski teren przestają być darmowe.
Ogólnie jest to jednak dokładnie ten typ jazdy, który zapada w pamięć. Nie ze względu na wyniki, ale przez to, jak bardzo zmiana otoczenia pozwala „zresetować” głowę. Co zaskakujące, spotkaliśmy niewielu rowerzystów, ale trasa oferowała wszystko – widoki na morze, spokój wsi i historyczne uliczki miast. Nawet na odcinkach, gdzie jechaliśmy normalną drogą, czuliśmy się bezpiecznie.

Cap de Formentor: Adrenalina, serpentyny i euforia przy latarni

Na Cap de Formentor ruszamy prawie pustym pociągiem z Palmy do Sa Pobla. Na początku mamy na sobie wszystkie warstwy ubrań, ale stopniowo je zdejmujemy – słońce i jazda na rowerze zaczynają dyktować własne zasady.

W Port de Pollença chcemy zrobić ostatnie zapasy, ale wszystko jest zamknięte. Czekamy, aż sklepy otworzą się o dziesiątej, a w międzyczasie cieszymy się atmosferą pustych ulic i morza. A potem – pod górę! Pierwsze serpentyny. Adrenalina czy radość z tego, że tu jesteśmy? Trudno powiedzieć.

Nogi zaczynają powoli boleć, ale nie poddajemy się. Coll de la Creueta to nasz pierwszy przystanek – wjeżdżamy na punkt widokowy, by nacieszyć się panoramą. Potem pierwsze zjazdy po serpentynach i znów podjazd. Krajobraz się zmienia – raz widok na morze, raz las. Wolność, radość, ale i ból. Cukier jest naszym sojusznikiem, bez niego byśmy nie przetrwali.
Spotykamy Czechów i Słowaków, zamieniamy kilka słów i jedziemy dalej. Aż do momentu, gdy na jednym z zakrętów zacina mi się łańcuch. Na sekundę wszystko staje w miejscu – minuty się dłużę, w głowie kłębią się pytania. Czy uda mi się go odblokować? Co jeśli nie? W końcu się udaje, a w oddali wyłania się latarnia morska. Ostatnie zakręty – ból przestaje istnieć, jestem całkowicie oczarowana. Wyciągamy telefony, robimy zdjęcia, ale nawet one nie oddają tego uczucia, gdy stoi się tutaj na górze. Wszystko – długi podjazd, zacięty łańcuch – straciło znaczenie. Jesteśmy zachwyceni. Siadamy, uzupełniamy energię, obserwujemy chmury przesuwające się nad skałami i chłoniemy każdy oddech, każdy dźwięk morza. To jest ten moment, dla którego warto było ruszyć na Majorkę.

Po zdobyciu szczytu i sesji zdjęciowej zaczyna się droga powrotna. Góra-dół, serpentyna za serpentyną, nogi są ciężkie, ale uśmiech nie schodzi z twarzy. Celebrujemy każdy kadr, każdy odcinek trasy to połączenie radości z jazdy i poczucia, że pokonaliśmy własne granice.

W Pollença zatrzymujemy się na późny obiad – małe miasteczko jeszcze bardziej podkreśla kontrast z tym, co właśnie przejechaliśmy. Obiad smakuje jak nagroda, cukier i woda uzupełniają spaloną energię.

A potem już tylko do Sa Pobla na pociąg. W drodze powrotnej w głowie odtwarzamy cały dzień: od porannego startu i pustych ulic, aż po euforię przy latarni na Cap de Formentor. Idealny dzień rowerowy – taki, który zapamiętasz na zawsze, bo łączył w sobie wolność, ból, piękno i poczucie, że właśnie tutaj i teraz jesteś w pełni obecny.

Praktyczne wskazówki, jeśli wybierasz się na Majorkę pierwszy raz

Zakwaterowanie i transport Mieszkaliśmy w Palmie, w dzielnicy Can Pastilla. Autobusy do centrum i z powrotem kursują regularnie i niezawodnie. Płatność jest wygodna – kartą lub telefonem przy wejściu (nie zapomnij o „odbiciu się” również przy wyjściu). Z taksówek nie korzystaliśmy – na lotnisko z Can Pastilla można dojść wygodnie pieszo, co zajmuje około 40 minut.

Valldemossa Pierwszego dnia chcieliśmy odwiedzić Valldemossę. Nawet poza sezonem autobusy szybko się zapełniają. My nie zmieściliśmy się do pierwszego i czekaliśmy godzinę na kolejny. Warto przyjść na przystanek z wyprzedzeniem.

Wypożyczenie rowerów Rowery zarezerwowaliśmy tydzień wcześniej bezpośrednio w okolicy naszego zakwaterowania. Wypożyczenie roweru karbonowego na dwa dni kosztowało nas 75 € za osobę.

Pociąg do Sa Pobla Aby dostać się na Cap de Formentor, skorzystaliśmy z pociągu do Sa Pobla. Dzięki temu, że byliśmy poza sezonem, nie było problemu z miejscami na rowery – zmieściliśmy się bez trudu w obie strony. Bilety kupuje się w automatach na stacji, a cena obejmuje również rower. Na peron wchodzi się przez bramki. Cena biletu: 9 € za osobę.

Majorka w lutym? Majorka w lutym opłaca się z kilku powodów. Podczas naszego pobytu pogoda była stabilna – w dzień około 17 °C, idealnie na rower. Sezon jeszcze się nie zaczął, więc jest mniej turystów i kolarzy, wypożyczenie sprzętu jest tańsze, a bilety lotnicze bardziej przystępne. Trzeba jednak przygotować się na wiatr – na wyspie nie da się go uniknąć, nawet poza sezonem.