Lutowe serpentyny i błękitne zatoki – Majorka na rowerze
Ostry zakręt pod górę, szybko redukuję bieg i nagle… nic. Pedały stają w miejscu, łańcuch ani drgnie, a ja przez sekundę tracę orientację. Udaje mi się wypiąć z bloków w ostatniej chwili. Zatrzymuję się w połowie podjazdu i patrzę na rower, który uznał, że dalej nie jedzie. Łańcuch zakleszczył się tak mocno, że nie drgnie nawet o milimetr. Próbuję go poluzować, ale bez skutku. Ręce całe czarne, mam tylko nadzieję, że nie pobrudzę koszulki. Minuty płyną, a w głowie zaczynają piętrzyć się pytania.