Każdy fan kolarstwa ma na swojej liście marzeń konkretne życzenie: zobaczyć wielki tour na żywo. Najlepiej taki, podczas którego zobaczy swojego ulubionego kolarza. Dla wielu osób jest to nierealna podróż - dla mnie okazała się celem, który właśnie odhaczyłam na liście.
Poleciałam do Włoch, żeby obejrzeć legendarne Giro d’Italia z bliska. I choć nadal trudno mi w to uwierzyć, pamiątka z wyścigu wisząca w moim mieszkaniu przypomina mi o tym codziennie. Ta przygoda się wydarzyła. Naprawdę. Zapraszam Was na kolarskie opowieści pełne emocji, różowych akcentów i historii, które zostaną w głowie na zawsze.

Jak to się zaczęło?
Wszystko zrodziło się w głowach moich znajomych. Jesienią 2024 pierwszy raz usłyszeliśmy hasło, aby pojechać na Giro. To jedna z niewielu historii, która, przytaczając popularne memy, wyszła poza chat grupowy. Kiedy ogłoszono trasę 108. edycji wyścigu, nie było już odwrotu. Zaczęliśmy wybierać datę, lokalizację oraz wstępnie uzgadniać plan podróży. A wiadomo, w życiu dorosłych ludzi trudno zgrać terminy, nawet z półrocznym wyprzedzeniem.
Ostatecznie wyjazd zaplanowaliśmy od 19 do 24 maja 2025 roku, a naszą bazą została Modena - piękne, klimatyczne miasto w regionie Emilia-Romania, świetnie położone względem wybranych etapów.
Choć chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, zdecydowaliśmy się na dwa dni aktywnego kibicowania - tyle, aby poczuć atmosferę Giro, ale również znaleźć czas na odpoczynek, włoskie dolce vita oraz (w moim przypadku) treningi triathlonowe. Modena okazała się ciekawym punktem treningowym. Pomimo braku roweru, udało mi się zrealizować jakościowe jednostki biegowe, jak i pływackie.
Etap 11: Viareggio - Castelnovo ne' Monti
21 maja 2025

Po krótkiej aklimatyzacji w słonecznych Włoszech oraz pierwszych treningach, ruszyliśmy obejrzeć etap górski. Początkowo planowaliśmy udać się w wyższe rejony, jednak warunki pogodowe (prognozowany deszcz oraz duży chłód) skutecznie skierowały nas w niższe partie. Naszym ostatecznym celem została premia lotna w rejonie Toano - Cerredolo. Idealne miejsce, by pierwszy raz w życiu zobaczyć z bliska zawodowy peleton.
Dojeżdżając na miejsce, powitały nas wzgórza skąpane w zieleni oraz urocze miasteczko przystrojone w różowe balony, koszulki oraz flagi. Każdy zakątek przypominał, że Giro to nie tylko wyścig - to przede wszystkim święto, które otacza całe Włochy.

Po krótkim spacerze ustawiliśmy się przy samej bramie premii lotnej. Czekaliśmy tam z telefonem w dłoni, na którym oglądaliśmy transmisję - chcieliśmy wiedzieć, kiedy dokładnie nadjadą zawodnicy oraz kogo możemy wypatrywać. Ciszę miasteczka przecinał dźwięk helikopterów, które z każdą minutą coraz bardziej zbliżały się do naszej lokalizacji. W końcu się doczekaliśmy… Auta teamowe, motocykle policyjne, media… helikoptery nad głowami! Kilka chwil później zobaczyliśmy ucieczkę, która wychyliła się zza zakrętu. Dalej mijaliśmy pojedynczych zawodników oraz grupetto. Gdy planowaliśmy wracać do auta, usłyszeliśmy ostatnią grupę, której nie pokazano na transmisji. Była to wyjątkowa niespodzianka oraz chwila, w której zobaczyłam mojego ulubionego kolarza - Wout van Aert we własnej osobie! Przez chwilę ździerałam gardło, ciesząc się tym legendarnym spotkaniem. A dalej… kurz opadł. Mieszkańcy rozeszli się do swoich domów, by śledzić finisz etapu. A my - podziwialiśmy włoskie widoki, wracając do Modeny.
Etap 12: Modena - Viadana
22 maja 2025

Dzień później Giro zawitało do miasta, w którym mieszkaliśmy. Tego dnia kolarzy czekał płaski etap z metą w Viadanie. Na sam początek wybraliśmy się spacerem na prezentację zespołów na rynku w Modenie. Z bliska oglądaliśmy zawodników, którzy wchodzili na scenę oraz przejeżdżali po włoskim bruku. Po krótkim czasie spędzonym w tłumie, ruszyliśmy w stronę trasy, by ustawić się w dobrym miejscu. Kiedy doczekaliśmy się przejazdu peletonu, kibicowaliśmy Rafałowi Majce, a następnie szukałam wzrokiem Wouta. Podobnie jak dzień wcześniej, udało się go dostrzec.
Po starcie czekały nas nasze ulubione aktywności - aromatyczna kawa, słodka przekąska, spacer po mieście i chwila na oddech w mieszkaniu. Ale to nie koniec! Oglądając wyścig w telewizji, po południu zapakowaliśmy się do samochodów i szyliśmy do Viadany, by złapać finisz. Nie obyło się bez niespodzianek - zamknięta droga dojazdowa, objazdy i szybkie decyzje, by nie tracić okazji na zobaczenie peletonu. Gdy udało nam się znaleźć trasę prowadzącą do miasteczka, wraz z innymi kibicami zatrzymaliśmy się przy rondzie, przez które przebiegała trasa. Było tam wiele różnorodnych osób - w tym mężczyzna w ciężarówce, który zdecydowanie wygrał pojedynek na najgłośniejszy doping.
Kiedy zawodnicy nas minęli, ruszyliśmy pieszo w stronę mety. Próbowaliśmy zdążyć na finisz, ale prędkość peletonu była bezlitosna. Na kilka minut przed końcem zatrzymaliśmy się, aby spokojnie obejrzeć końcówkę transmisji. Nad naszymi głowami latały helikoptery, a przed oczami widzieliśmy prawdziwą walkę - etap wygrał Olav Kooij z Visma Lease a Bike.
Podczas finiszu zaczął lekko kropić deszcz, ale mimo to postanowiliśmy iść dalej. Gdy dotarliśmy do strefy mety, duża grupa kibiców właśnie się rozchodziła. Pod sceną z dekoracją zostało kilkadziesiąt osób, co nas ogromnie zaskoczyło. Po zakończeniu dekoracji postanowiliśmy zakupić oficjalny merch Giro, który swoim różowym kolorem pomaga wrócić myślami do tych chwil.
A jeśli i Wy chcecie mieć cząstkę Giro d’Italia blisko siebie, zajrzyjcie do dedykowanej oferty Holokolo! Może to właśnie od tej kolekcji zacznie się Wasza własna wyprawa do Włoch?
Podsumowanie: Giro to więcej niż wyścig
Po tygodniu we Włoszech zauważam ważną rzecz - Giro d’Italia to nie tylko sport. To styl życia. To święto, które łączy ludzi i przypomina, jak piękne jest kolarstwo. To setki kilometrów emocji, wyrazisty różowy kolor na każdym kroku i chwile, które zostają z nami na zawsze.
Choć zobaczyliśmy tylko dwa etapy 108. edycji wyścigu, dla mnie było to wszystko. Był to początek pięknej przygody, którą chciałabym kontynuować. Za rok… znów Giro? A może Tour de France? Mamy całe życie do przeżycia!